Koncepcja była taka, że ma być luz, blues, ponadczasowość, trochę oldschoolu i coś, co roboczo nazwałam cool-kidowym klimatem. Były momenty, kiedy mocno zbliżaliśmy się do tego zamysłu. Były też takie, kiedy zupełnie o nim zapominaliśmy. Wyszła z tego ostatecznie bardzo przyjemna mieszanka klimatyczna i świetnie spędzona pierwsza połowa dnia, która zaczęła się dość wcześnie, bo już o 1:30 w nocy. 

 

Na sesję wstaliśmy, zanim jeszcze zdążyliśmy się położyć. Po podróży, która zleciała nie wiadomo jak i kiedy, dotarliśmy do Krakowa. O 4:05 wspinaliśmy się już na Skałki Twardowskiego. Nie bez przebojów, widma dzika i innych równie dzikich wizji, zaczęło się przejaśniać. Gęste chmury odbierały nam nadzieję na spektakularny wschód słońca, ale niezrażeni tym faktem powoli oswajaliśmy się ze sobą w nowych rolach. Nowych, bo z Justyną znamy się od podstawówki, ale pierwszy raz spotkałyśmy się w sytuacji, jakkolwiek sztywno to zabrzmi, zawodowej. Rzadko się o tym mówi, ale lekkie zakłopotanie na początku sesji, kiedy nie jesteśmy przyzwyczajeni do bycia fotografowanymi, towarzyszy, wierzcie mi, większości osób. Naprawdę nie ma się czego wstydzić. Z resztą, ten dyskomfort mija równie szybko, jak się pojawia. ;)  

 

Sesję podzieliliśmy na trzy tury:

 

Pierwsza i najkrótsza - wschód słońca na Skałkach Twardowskiego,

 

Druga - centrum Krakowa, kiedy miasto jeszcze śpi,

 

Trzecia - centrum Krakowa, kiedy miasto tętni życiem.

 

Już planowaliśmy schodzić ze Skałek, kiedy wiatr rozgonił kilka większych chmur i jednak załapaliśmy się na być może niedługi, ale naprawdę cudowny klimat początku dnia, z różem i pomarańczem malującymi nam tło. 

 

Pół godziny później byliśmy już w centrum Krakowa. Jak bardzo zaskoczona byłam widząc to miasto zupełnie ciche i śpiące. Fotografowałam, stojąc na środku ulicy. Bywało, że przechodziliśmy długimi uliczkami odchodzącymi od rynku, nie spotykając po drodze żywej duszy. Takiego Krakowa nie znałam. 

 

A później chwila przerwy i wyczekiwana przeze mnie pijalnia czekolady, do której wpadliśmy dopiero przed dziesiątą. Niektórzy z nas dziko głodni. I jajecznica zamiast deseru, w tej pijalni czekolady. I nawet herbata zamiast choćby kawy z czekoladą...w tej pijalni czekolady. W tej wyczekiwanej. Mimo wszystko morale były tak wysokie, że nie upominały się szczególnie o dodatkowe słodkości. 

 

Wyszliśmy na rynek w najbardziej odpowiednim momencie. Kraków się obudził. Obudził się bez zbędnego przeciągania się i wyciszania kolejnej drzemki. Zalała go fala turystów. Znów pachniał znanym mezaliansem historii i komercji. I na to czekaliśmy. Wzięliśmy głęboki wdech i weszliśmy w ten tłum cali. Tak jak chcieliśmy.

 

 

Justyna & Marcin - miejska sesja narzeczeńska - Kraków | iDylla Fotografia
20 sierpnia 2019

STREFA KLIENTA

PORTFOLIO

BLOG

KONTAKT